Wrocław

 

Breslau

W skrócie:

 

Mistrz Gry: Hubert Sosnowski

Ta grupa oferuję rozgrywkę opartą na wątkach podziału wewnętrznego, rywalizacji o dominację i osobistych intryg. Wszystko w mrocznych klimatach hellboyowego noir, przyprawionego okultyzmem i kabałą. A także nawiązaniami do historii wojennej i powojennej XX wieku.

 

O mieście:

 

Wrocław od zawsze poddaje się ostatni, jak śpiewał jeden z buntowniczych głosów współczesności. I takie jest to miasto. Rebelianckie, niespokojne, pełne energii, historii i sprzeczności. Pozostałości po dawnych dziejach, które żyją do dziś. Przemykają jak cień nocą, po zaułkach, uliczkach, kanałach i dachach budynków.

Niektóre przechadzają się w świetle dnia, zahaczając o kawiarnię skrytą w kamieniczce przy Starym Rynku i wpatrują się w Pręgież, popijając espresso. Spoglądają naokoło, jednak ich wzrok omija tabuny turystów przetaczających się przez deptak. Nie. Spojrzenie tych ludzi, tych istot sięga dużo dalej. Widzą dawne dzieje i słyszą echa przeszłości, często głośne, drapieżne i gwałtowne. Czasem uczą się z nich czegoś nowego, kiedy indziej pragną zaczerpnąć wiedzę pozorną i popełnić te same błędy, gdyż śnią o potędze.

Wrocław to miasto sekretów. Miasto mocy. Energetyczne, ożywcze i kapryśne. Potrafiłoby wyciągnąć somnambulika z katatonii. A może nawet wyrwać umarłego z objęć Śmierci, jeśli procesowi odrobinę dopomóc. Nic więc dziwnego, że ściągali tu magowie, mistycy i poszukiwacze wiedzy tajemnej wywodzący się różnych wierzeń, stowarzyszeń, zakonów i kultur. Chcieli zajrzeć za zasłonę, dostrzec prawdę.

Zjeżdżali tu nawet, gdy to miejsce, wraz z resztą kraju brutalnie zasłonięto żelazną kurtyną. Wtedy swe wojny o dostęp do źródeł mądrości i mocy toczyli w zupełnej skrytości tak, by ludzie czerwonej gwiazdy niczego nie zauważyli. I nie zajęli się tym bez litości. Mieli swoje sposoby – nawet na to, w co nie wierzyli.

Po latach zostali tu tylko najsilniejsi i najlepiej zorganizowani. Na zewnątrz docierają echa działań tylko dwóch stronnictw. Pierwszym są spadkobiercy legendarnego, złowrogiego zakonu Ultima Thule. To okultyści, którzy wyrzekli się przynajmniej części zbrodniczego dziedzictwa i szaleńczych bzdur o czystości rasowej. Dalej pozostają jednak złowrogą, trudno dostępną elitarną grupą, która nie cofnie się nawet przed sięgnięciem na dno piekła, by osiągnąć swój cel.

Los bywa jednak przewrotny, bowiem w siłę, na przekór wszystkiemu, na przekór historii, urośli też kabaliści wywodzący się z rabinatu. I choć nie wszyscy pochodzą z ludu Izraela, to doskonale wiedzą, co uczyniono ich przodkom na tych ziemiach. Czegoś takiego nie można zapomnieć – nie wtedy, gdy dostrzega się więcej niż zwykły śmiertelnik. Nie wtedy, gdy poznało się sekrety powoływania do życia golemów i kolejnych kręgów Drzewa życia.

Ich cichy konflikt trwa do dziś. Kłamstwo tu, zły urok tam, czasem w skrajnych przypadkach znajduje się kogoś z nożem wbitym pod żebro – i tylko policja nie zauważa wypisanego krwią symbolu gdzieś za rogiem. W końcu któraś z grup osiągnęła by swój cel i przejęła całe miasto. Ale to byłoby zbyt proste, nieprawdaż?

... Bowiem po mieście krążą Widma. Nikt nie wie, kim są naprawdę, skąd pochodzą. Ci, którzy mogliby się domyślać, milczą. Albo nie żyją. Widma zaś dbają, by we Wrocławiu panowała swoista równowaga. Nie pokój, och bynajmniej, nie bądźmy naiwni. Zdają się żerować na konflikcie, są silniejsi od obu stowarzyszeń razem wziętych i bawią się całą sytuacją – pomagają raz jednym, raz drugim, ale nie do tego stopnia, by przeważyć szalę ostatecznie.

W związku z tym Inni z Wrocławia trwają w ciągłym niepokoju. Nic więc dziwnego, że kto mógł, rozpaczliwie pchał się, by wziąć udział w delegacji wyruszającej na jarmark w Gedymium.